niedziela, 15 marca 2015

5. Podążaj za swoim sercem..

- Odpada. - rzuciła telefonem na pościel i skreśliła kolejne ogłoszenie w gazecie. Od godziny nieustannie szukała mieszkania lub pokoju do wynajęcia. Zostało jej półtora tygodnia, a matka z Tobiasem po kilka razy dopytywali kiedy w końcu się wyniesie. Mężczyzna nie krył zadowolenia, że blondynka opuszcza dom. Matka natomiast mieszała złość i takową nienawiść z żalem i tęsknotą. Patrząc z boku na ich rodzinę, można byłoby wywnioskować, że to największa patologia, jaka tylko mogła być.
Blondynka z rezygnacją oparła się o ścianę i wypatrywała kolejnych ogłoszeń mieszkaniowych w okolicy. Już miała wpisany numer, ale wtedy na ekranie pojawiło się JOHANN DZWONI.
- Tak?
- Dzwonię żeby zapytać, jak zdrowie.
- W porządku. - mruknęła.
- To... dobrze..
- Coś jeszcze?
- Spotkamy się?
- Johann, nie mam na to czasu. - wywróciła oczyma. - Nie poszłam na zajęcia, ale to nie znaczy, że nie mam żadnej roboty w domu. - mówiąc to, wystukała na klawiaturze "pokoje do wynajęcia".
- A co robisz?
- Szukam mieszkania. - odpowiedziała, zaraz po tym kaszlnęła i skrzywiła się, gdyż ból gardła nadal pozostał. - Przepraszam, ale nie mam czasu rozmawiać.
- Carina, czekaj....
Blondynka rozłączyła się, bo nie miała sił i ochoty na rozmawianie z Forfangiem, który od przypadkowego spotkania przyczepił się, jak rzep do psiego ogona. Nie było to złe, ale odrobinę denerwujące. Bo ona nie lubiła być ciągle w centrum uwagi, nie lubiła zbytniego narzucania się, a tak naprawdę gdzieś w głębi tego chciała. Ta blondynka była zagubiona we własnej niewiedzy i czy to nie jest najgorsze?
- Proszę. - krzyknęła, słysząc pukanie do drzwi.
Wysoki szatyn z tatuażami na przedramionach właśnie wszedł do jej pokoju, a jego twarz uśmiechnięta była od ucha do ucha. Pytająca mina blondynki natychmiast rzuciła mu się w oczy i z uśmiechu zostało jedynie zażenowanie oraz lekki stres. - A pan to?... 
- Jestem Andreas, syn Tobiasa. - wypalił.
Brązowe oczy niemal wyszły z orbit, usta przybrały kształt okręgu, a umysł.. Cóż, umysł wył na alarm, bo to oznaczało tylko jedno - koniec. 
- Miałeś być dopiero za tydzień. - zauważyła.
- Tak, aczkolwiek stało się tak, że jestem dziś. - zaśmiał się. - Ojciec mówił, że to ma być mój pokój, tak?
- Usiądź sobie, zaraz wracam. - zamknęła laptopa, na którego rzuciła notes z długopisem i zerwała się z łóżka. Miała na sobie krótkie spodenki zasłaniające mniej niż trzeba, dlatego poczuła się niekomfortowo, gdy przemierzała odległość z łóżka do drzwi.  Natychmiast zbiegła po schodach na dół. Akurat zastała swoją matkę, sprzątającą jedną z szaf na przedpokoju.
- Co to ma być, do cholery? - wrzasnęła na rodzicielkę. - Mogliście mnie uprzedzić, że ten kryminalista przyjedzie dzisiaj, a nie stawiacie mnie przed faktem dokonanym!
- Carina, spokojnie.. - matka przerwała porządki i smutnym wzrokiem popatrzyła na swoją córkę. - Sami dowiedzieliśmy się dopiero dzisiaj.
- Uważaj, bo jeszcze ci uwierzę. - ironiczny uśmiech pasował do pojedynczych łez zawodu. - Za chwilę pójdę się spakować... Nie wiem jeszcze dokąd pójdę, ale wiesz co? Nigdy więcej nie pokazuj mi się na oczy. Nigdy więcej się do mnie nie odzywaj... Nigdy więcej nie waż się nazwać moją matką, bo moja normalna, kochająca matka nie zachowałaby się, jak zimna suka! - wykrzyczała blondynka.
- Carina!
- Nawet nie potrafisz zaprzeczyć, że nie jesteś..
- Dość. - warknęła. - Nie masz prawa się tak do mnie odzywać po tym, jak cię wychowałam. Dałam ci tyle dobra i szczęścia, że teraz powinnaś...
- Dobra? Szczęścia? Próbujesz oszukać siebie, czy mnie? - dziewczyna weszła jej w połowę zdania, po czym znów zaśmiała się gorzko. - Jedyne dobro jakie spotkało mnie z twojej strony to to, że mnie urodziłaś, wiesz? Nic więcej. Bo potem już cię nie obchodziłam ani ja, ani ojciec. Nie widzisz, że zostałaś sama? Serio jesteś ślepa, czy Tobias robi ci wodę z mózgu?
- Zapędzasz się..
- Nie obchodzi mnie to. - dodała. - Ojciec zostawił nas przez twoją głupotę, dziadkowie nie odzywają się do nas od pięciu lat, a wujkowie i ciotki nawet nie napiszą esemesa, bo zawsze się z nimi wykłócasz. Spójrz na siebie kobieto.. Jesteś kompletną egoistką. 
- A ty jesteś moją córką i...
-... i co? Wiem, że nią jestem i uwierz mi, że czasem wolałabym być sierotą. - blondynka spojrzała na twarz matki. Nie wyrażała niczego innego prócz złości i nienawiści. Czy normalna matka nie powinna w takiej chwili dać dziecko w twarz za takie słowa? Czy nie powinna usiąść na kanapie i płakać za to, co ją spotkało?
- Wróć! - krzyk kobiety dobiegł do jej uszu, gdy była już w połowie drogi do pokoju. Otarłszy łzy, pokręciła głową i ruszyła na górę. W pokoju znalazła się sekundzie. Syn Tobiasa przechadzał się po pokoju należącym do jej matki i jego ojca. Dziewczyna niewiele myśląc podeszła do szafy, z której wyjęła czarną walizkę w jakieś śmieszne wzorki i rzuciła ją na łóżko.
Pierwszą rzeczą, która zapakowała, były zdjęcia. Kilka pamiętnych fotografii oprawionych w ramki oraz album, w którym była cała reszta zdjęć z Martinem, ojcem, znajomymi. Na żadnym z nich nie było matki. Powód był dość prosty - brak porozumienia między nimi. 
- Wyjdź. - warknęła, widząc, jak Andreas siada wygodnie na łóżko i bierze do ręki jedno zdjęcie. - Wyjdź stąd. - wyrwała je z jego rąk i wrzuciła do walizki.
- Nie ładnie wyganiać przyszłego brata. - zaśmiał się.
- Chcę na spokojnie spakować swoje rzeczy, więc wyjdź stąd jak cię proszę. Okey?
- Jakaś ty nieczuła na otoczenie, auu. - zawył. 
Dziewczyna przekręciła oczyma, gdy wyszedł. Następnie rzuciła się na łóżko, w dłonie ujęła malutką fotografię zmarłego chłopaka i przytuliła ją do serca. To był ten moment, gdy znów zalała się łzami, a myślami była przy podłym życiu, którego miała stanowczo dość.

~Johann~

 Przykucnął nad małym pomnikiem z figurką aniołka i spojrzał na wygrawerowany napis: Olivia Forfang. Przed oczyma zobaczył małą, uśmiechniętą dziewczynkę w różowej sukience z misiem w ręku i natychmiast się uśmiechnął. Pamiętał nieopisywalne szczęście, kiedy dowiedział się, że będzie miał młodszą siostrę. Mógł wtedy góry przenosić, nieba uchylać każdemu, zarażać szczęściem najbardziej smutne osoby. Cholernie się cieszył, a wraz z nim cieszyli się rodzice. Pamiętał również o tym, jak założył się ze starszym bratem, że przewinie małą i poszło mu całkiem nieźle, ale dziewczynka w ostatniej chwili znów zabrudziła pampersa i musiał robić wszystko od nowa. Potem bawili się na puchowym dywaniku, nosił ją na rękach, podrzucał. Traktował ją niczym małą księżniczkę. Była najważniejszą dziewczyną w jego życiu i mocno ją kochał. Czasem jednak los jest okrutnie zły i bawi się z nami w jakieś bezsensowne zabawy. Rani nas, zabiera nam najbliższych, najukochańszych. Teraz Johann pamięta również o feralnym dniu. Gdyby wiedział, że tak się skończy to nigdy nie poszedłby do tego mieszkania. Nigdy nie zgodziłby się na zostanie z nią. 
Słona łza spłynęła na jego spierzchnięte wargi. Otarł policzek i szybkim ruchem wyjął z reklamówki czerwoną świeczkę. Zapalił ją, po czym postawił obok świeczki z wczoraj i uśmiechnął się pod nosem. 
- To ja powinienem tu być, a nie ty.. - szepnął.
Jego oczy momentalnie zaszły łzami, więc zacisnął powieki i nabrał powietrza w płuca. Czuł się strasznie źle. Nie da się opisać tego uczucia. Nie każdy obwinia się za śmierć kogoś bliskiego i wmawia sobie, że to przez niego.
- Johann?
Kobiecy głos dobiegł do jego uszu. Zastygł w bezruchu, bo doskonale znał ten głos. Ten głos zawsze śpiewał mu kołysanki przed snem, pocieszał, ganił.
- Mama.. - powiedział dość słyszalnie, ale nie odwrócił się. Bał się spojrzeć jej prosto w oczy. Bał się, że zobaczy ją w takim samym stanie jak kilka miesięcy temu. Za nic w świecie by tego nie zniósł raz jeszcze.
- Synku.. - kobieta nie czekała na żaden gest ze strony syna i od razu pojawiła się obok niego. Poczuł jej dłoń na ramieniu. I wtedy się podniósł, wzrok nadal wbity był w ziemię. - Tak bardzo za tobą tęskniłam. - wyszeptała, ujmując w dłonie jego szczupłą twarz.
Spojrzał w jej oczy. Pełne skruchy, szczęścia mieszanego ze smutkiem i tęsknoty.
- Ja za tobą też, mamo..
Forfang mocno przytulił do siebie kobietę, która zaczęła cicho łkać. Starał się być silny, ale nie potrafił wytrzymać zbyt długo. W kilka sekund na twarzy pojawiły się małe kropelki, w których zawarte były wszystkie uczucia.
- Schudłeś. - stwierdziła, odsuwając się od skoczka. - Jesz w ogóle?
- W takim momencie ty zaczynasz o jedzeniu? - delikatnie się uśmiechnął.
- Bo jesteś stanowczo za chudy! A może ty masz anoreksję? - przez twarz kobiety przemknął cień strachu.
- Codziennie ciągnę na pizzy, kebabie i chińczyku. - powiedział. - Czy przez takie jedzenie można popaść w anoreksję, mamo?
- Nie, ale kto cię tam wie, czy mnie nie kłamiesz.
- Zapytaj Daniela, jak mi nie wierzysz. - zaśmiała się, patrząc na minę swojego syna. - Co u... u was?
- Jakoś żyjemy. - pokiwała głową. - Daniel był wczoraj u nas ze swoją narzeczoną. - uśmiechnęła się na samo wspomnienie. - Tata dostał awans, a ja znalazłam pracę w przedszkolu.
- Mhm.
- Johann... Dlaczego się od nas odsunąłeś?
Podrapał się po karku, gdyż sam nie znał odpowiedzi na zadane pytanie. Bał się odrzucenia? Spojrzenia w oczy całej rodzinie? Wzruszył ramionami.
- Wolałem usunąć się w cień, niż codziennie przypominać wam o tym, co się stało. - odpowiedział po chwili porządnego namysłu. - To wszystko jest moją winą i wiem, że nie potrafilibyście patrzeć na mnie bez wyrzutów i nadal traktować mnie, jak swojego syna..
- Co ty wygadujesz, synu? Dobrze, załamałam się po stracie Olivii, a ojciec był na ciebie zły, ale jesteś naszym synem, rozumiesz? Kochamy cię niezależnie od tego co się stało, a ty nie masz prawa sam sobie dawać wyroku. To jest także nasza wina.. Nie możesz się obwiniać..
- Sama nie wiesz co mówisz.. - westchnął. - Czuję się za to odpowiedzialny, mamo. - dodał. - Zresztą tato dobitnie uświadomił mi, że nie mam czego u was szukać, że powinienem się wyprowadzić i nie pokazywać na oczy. On mnie nienawidzi, więc żeby mu się nie narzucać to nie pojawiałem się w domu..
- On cię kocha, Johann. Zareagował źle i nic go nie usprawiedliwi, ale uwierz mi, że od tamtego czasu chodzi po domu i zastanawia się, jak cię przeprosić. - kobieta pogłaskała syna po policzku i uśmiechnęła się. - Obaj jesteście wybuchowi, czasem powiecie o dwa słowa za dużo, ale czasem przychodzi czas, gdy trzeba stanąć twarzą w twarz i szczerze porozmawiać.
- Do czego zmierzasz?
- Przyjdź dziś do nas na kolację. - powiedziała spokojnie. - Porozmawiamy, wyjaśnimy sobie wszystko. Wszystkim nam będzie lepiej.
Promienny uśmiech kobiety sprawił, że zgodził się bez namawiania. Ale czy postąpił dobrze?

~Daniel~ 

 - Czego ty, do cholery, nie rozumiesz? - jej krzyk rozniósł się po całym mieszkaniu i dotkliwie uraził jego uszy. Założył splecione dłonie na kark i podszedł do okna. Zastanawiał się nad odpowiedzią, która skończy tę bezsensowną kłótnię.
- Nie rozumiem dlaczego tak nagle się mnie czepiasz o pracę. 
- To nie jest praca tylko jakiś cyrk na nartach! - znów echo rozniosło się po pomieszczeniu.
- Ja skoków nie rzucę, zapamiętaj to sobie. - warknął. 
- Czyli chcesz żeby twoje dziecko zostało sierotą przed narodzinami?
- Aż tak źle mi życzysz? - syknął, spoglądając na siedzącą brunetkę. - Wyglądasz mojej śmierci, czy sama nie hamujesz nad słowami w nerwach? 
- Nie życzę cię źle, ale się troszczę! To nie jest normalny sport, zrozum to!
- Nie zrozumiem, sorry.
Usiadł na brzeg kanapy, schował twarz w dłoniach. Patrzyła na chłopaka dość dziwnym wzrokiem.
- Skąd mam pewność, że to moje dziecko? - usłyszała po chwili cichy pomruk.
- Coś ty powiedział?
- Łazisz po imprezach z Bóg wie kim i cholera cię wie, co ty robisz. - wstał, mierząc ją wzrokiem. Ona sama miotała piorunami i gdyby mogła to zabiłaby go od razu. 
- Ochłoń, chłopczyku. - powiedziała dobitnie i po prostu wyszła.
Jak zwykle uciekała, gdy temat zrobił się dla niej niewygodny i nie miała ochoty na spowiadanie się. W ich związku nie było czegoś takiego, jak zaufanie, czy też panowanie nad innymi pokusami dla wzajemnej miłości. Ich związek już od dawna nie był takim związkiem, jaki tworzy kochająca się para. 
Dzwonek do drzwi sprawił, że oderwał się od rysowania palcem po zakurzonej komodzie. Ruszył więc do otwarcia i zdumiał się, widząc w drzwiach blondynkę. Tę samą blondynkę, którą wczoraj pocałował. Po chwili dołączył do niej Johann z walizką. Przywitała się cichym "cześć" po czym zdjęła nieśmiało buty oraz kurtkę i stanęła obok szatyna.
- Carina od dzisiaj z nami mieszka. - wyszczerzył się od ucha do ucha.
- Nie z własnego wyboru, aczkolwiek Johann się uparł. - dodała, patrząc znacząco na Norwega.
- Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko. - dodał Johann.
- Nie.. Nie, no coś ty. - uśmiechnął się słabo. Dziewczyna od razu zauważyła co jest nie tak. - Przygotować ci pokój? - zapytał blondynkę.
- Ja zaraz to zrobię. - odezwał się Forfang. - A tak w ogóle to Annika u ciebie była? Bo wpadła na mnie w drzwiach i ani się nie przywitała, ani nie przeprosiła.
- Tak, była. - powiedział, odbierając od kolegi walizkę dziewczyny i stawiając ją w przejściu z salonu do kuchni. - Ale szybko wyszła i teraz odwiedzi mnie za kilka dni, jak się jej kasa skończy. - dodał.
- Znowu kłótnia? - przytaknął. Nastała cisza, którą przewało oznajmienie Johanna, że idzie przygotować pokój dla blondynki. Uśmiechnęła się do odchodzącego chłopaka, po czym przeniosła wzrok na blondyna.
- Podążaj za swoim sercem, Daniel. - poklepała chłopaka po ramieniu i ruszyła w ślad za młodszym Norwegiem.
Wiedział dokładnie o co jej chodziło. Tylko czy tak potrafił?  Czy to nie było dla niego zbyt trudne i nieosiągalne? Wszak nie kochał Anniki, a Carina doskonale o tym wiedziała, lecz czy on sam był do końca o tym przekonany? 
Westchnął. Bo teraz jeszcze nie wiedział, co przyniesie przyszłość.

Od autorki:
Rozdział, jak rozdział. Bywały lepsze :/
Proszę o szczere opinie! <3

Gratulacje dla Severinka za zwycięstwo, ale też mój kochany Kasaj się dobrze spisał ;)
Ah, no i nie mogę pominąć Petera oraz Kamila, bo byli niesamowici. Micha się cieszyła, jak komentator powiedział, że są ex aequo! :D

Pozdrawiam!

środa, 11 marca 2015

4. W twoich oczach widać smutek.

Dochodziła dziewiętnasta trzydzieści, ulice opustoszały, a na chodniku przewijało się coraz mniej osób. Wieczór był dość spokojny, cichy, refleksyjny. Szczególnie dla blondynki, która siedziała skulona na łóżku w pokoju Forfanga i zbierała do kupy wszystkie myśli. Obudziła się niespełna godzinę temu i jeszcze nie nabrała odwagi, by wyjść z pomieszczenia i spojrzeć na skoczka. Czuła się zażenowana tym, że spała w jego pokoju na jego łóżku, choć też wstydziła się jego lokatora. Forfang wspominał kilka razy o owym koledze i nie były to same superlatywy. Bardziej przestawił go jako nadętego buca, który jest chamski, nie lubi poznawać ludzi i często jest zamknięty w sobie, bo ma jakieś problemy z dziewczyną. Była dorosła, a przerażała ją konfrontacja z dwoma niegroźnymi chłopakami.
Na całe szczęście gorączka trochę spadła i ból głowy już tak nie doskwierał, ale kaszel i katar pozostały, a to była kolejna znienawidzona przez nią część grypy.
Zakręciło jej się w głowie, gdy postawiła nogi na puchowym dywaniku przy łóżku. Rozmasowała skronie i niepewnie otworzyła drzwi prowadzące na korytarz. Zdziwiło ją to, że jak na dwóch chłopaków, w mieszkaniu było dziwnie cicho i grał tylko telewizor. Udała się w kierunku pokoju, z którego wywodziło się światło i w oczy rzucił jej się widok śpiącego na kanapie blondyna, który w jednej dłoni trzymał pilota, w drugiej puszkę z jakimś napojem gazowanym, a przy głowie stała miska z popcornem. Zaśmiała się patrząc na chłopaka i cicho weszła w głąb pokoju. W telewizorze była powtórka meczu jej ulubionej drużyny, więc usiadła w fotelu i skupiła się na biegających po murawie piłkarzy.
Do przerwy jej drużyna przegrywała 1:0. Była niepocieszona i skupiła się na tym, że Martin już dawno zwyzywałby ich wszystkich, a na końcu przeprosił ją, bo obraził jej ulubiony klub. Zawsze tak robił. Nawet gdy oglądali skoki narciarskie, które on bardzo lubił, potrafił skrytykować wszystkich zawodników, a pochwalić kobiety, które pojawiały się znienacka przez kamerą. Lubił dogryzać tak swojej dziewczynie, bo wtedy robiła słodkie miny i nie mógł oprzeć się ochocie na całowanie jej jasnoróżowych ust.
- O, mrugnęłaś. - przyjazny głos blondyna oderwał ją od wpatrywania się w swoje zaniedbane paznokcie i nakazał spojrzeć na niego. - Długo tu siedzisz? - podrapał się po karku i popatrzył na wystraszoną dziewczynę. Wyglądała jak typowe dziecko z sierocińca, które czeka na nową rodzinę i boi się wszystkiego dookoła.
- Nie. - odkaszlnęła. - Zdążyłam załapać się na końcówkę pierwszej połowy. - odpowiedziała nieśmiało.
- O cholera... - jęknął. - Przysnąłem już na starcie. - dodał. Uśmiechnęła się, ogarniając z twarzy kosmyk włosów. - Może chcesz gumkę? - zapytał, patrząc na jej walkę z wkurzającymi kosmykami. Skinęła głową. - Poczekaj chwilkę. - powiedział i zostawił ją samą.
Obejrzała się za chłopakiem i zobaczyła, jak wchodzi do łazienki. Ubrany był w czarne spodnie, pomarańczową koszulkę i tak śmiesznie kręcił tyłkiem, że chciało jej się śmiać. Wrócił po chwili i podał jej czerwoną gumkę do włosów, po czym zajął swoje miejsce.
- Jestem Daniel, tak na marginesie. - uśmiechnął się, podając jej dłoń.
- Carina. - odpowiedziała.
- Wiem, Forfi zdążył mnie poinformować.
- A gdzie on jest?
- Nagła sprawa życia i śmierci mu wypadła. - mruknęła. - Głodna? - sięgnął po pilota, by trochę przyciszyć odbiornik telewizyjny, a następnie ponownie wbił spojrzenie w skrępowaną dziewczynę. Przy Johannie czuła się swobodniej i nie musiała bać się tego, że zaraz palnie coś nie na miejscu. Daniel był zaś inny. Niby pozytywnie patrzyło mu z oczu, ale miał w sobie coś, co odbierało jej resztki pewności i czuła się dziwnie. - Ej, żyjesz? - śmiejąc się, pomachał jej dłonią przed oczyma. - Pytałem, czy jesteś głodna.
- Wiem, słyszałam. Nie, nie jestem. - odpowiedziała grzecznie.
- Podobno dzisiaj nic nie jadłaś, bo rozłożyła się grypa. To znaczy jadłaś kawałek ciemnej bułki w samochodzie Forfiego, ale to nie posiłek, więc musisz coś zjeść. - wyszczerzył się. - No co? Dostałem instrukcję przed jego wyjściem. - starał się jakoś obronić przed dziwnym spojrzeniem blondynki, która po chwili zaczęła się śmiać z chłopaka. - Bardzo śmieszne wiesz? Dbam o to byś mi tu z głodu nie zeszła, a ty mnie wyśmiewasz!
- Gdzieżbym śmiała.
Chłopak wywrócił oczyma, wstał i udał się do pomieszczenia zwanego kuchnią, a blondynka podążyła tuż za nim.

- Johann mi trochę o tobie mówił. - rzekła, stawiając na stół dwa żółte kubki z napisem "I love Tom Hilde" i dziwnie popatrzyła na obserwującego ją chłopaka. - To dziwne. - stwierdziła.
- Cała kadra ma takie, bo Tom uważa się za bożyszcze każdego człowieka. - zaśmiał się. - A co takiego mówił? - zaciekawił się chłopak. Wyłączył ekspres do kawy, po czym wziął dzbanek z ciepłą cieczą i postawił go na blacie stołu.
- Że jesteś strasznie marudny, chamski i nie lubisz poznawać ludzi. - powiedziała siadając na krześle.
- Ja? Pomylił mnie z samym sobą.
- A nie jesteś taki?
- Marudny może i trochę jestem. - przyznał. - Chamski może też trochę.. Ale ludzi to ja poznawać lubię. - usiadł naprzeciwko niej i zgarnął z talerza jedną kanapkę. - Coś jeszcze ciekawego się dowiedziałaś o mojej osobie?
- Masz tlenione włosy? - wypaliła ni stąd, ni zowąd. Dopiero po chwili ochrzaniła się w myślach za to pytanie i stwierdziła, że powinna to zostawić dla siebie. Mina chłopaka była nie do opisania, bo nie wiedział czy ma się śmiać, czy ją zganić za to pytanie.
- Urodziłem się brunetem, ale rodzice mówili, że potem włosy mi same zbielały. - posmutniał. - Nie tlenię się, bo nie jestem babą.
- No dzięki, wiesz? - prychnęła. - Mówił, że cię uwielbia.
- W to na pewno nie uwierzę, bo mnie nie znosi. Czasami to mam wrażenie, że chciałby ze mnie zrobić kurę domową, bo pranie zwala na mnie, sprzątanie zwala na mnie, gotowanie zwala na mnie.. Czuję się, jak żona po trzydziestu latach ślubu. - nadgryzł kawałek kanapki, który dokładnie przeżuł i znów zabrał głos. - On by tylko leżał i się pasł, a biedny Danielek odwala całą robotę za niego.
- Powiedz mi coś, ale szczerze, dobrze? - przytaknął. - Kiedy ty ostatnio robiłeś jakiekolwiek pranie i porządki? - rozejrzała się po zagraconej kuchni i uniosła ze zdumienia brwi. Jeszcze nigdy nie spotkała się z takim syfem, jaki panował w tym mieszkaniu i to raziło jej biedne oczy. Ubrania porozwieszane było od grzejnika, po krzesła i uchwyty przy szafkach. Pudełka po pizzy, kebabie i chińczykach zajmowały zlew, a puste puszki po piwie stały na parapecie. Nowy image wkracza na salony? Puszki zamiast storczyków w oknie?
- Tylko tutaj jest brudno. Reszta lśni. - odpowiedział zmieszany.
- W pokoju Johanna nie jest lepiej.
- Tam nie sprzątam. - zaznaczył wypowiedź. - Ostatnio znalazłem coś czego nie chciałbym znaleźć i od tego czasu trzymam się z dala od jego pokoju.
- A... - dziewczynie przerwał telefon chłopaka. Spojrzał ze skrzywieniem na wyświetlacz, po czym odszedł od stołu i wyszedł z kuchni, a ona zajęła się spokojnym jedzeniem swojej kanapki. Swoją drogą była zdziwiona tym, że przez kilkanaście minut jadła jedną kanapkę, a blondyn zdążył pochłonąć cztery i to z wielkim apetytem.
Przypomniała sobie właśnie jeden z wieczorów, który spędzała u swojego chłopaka. Wspólne pałaszowanie kanapek i gadanie o byle czym, ale ważne że we dwoje. Uśmiechnęła się mimowolnie i zacisnęła powieki. Przed oczyma znów zobaczyła jego uśmiechniętą twarz i przez moment miała wrażenie, że chłopak jest obok. Że żyje, że jest teraz z nią i zobaczy go, gdy tylko otworzy powieki. Zrobiła to i znów zaśmiała się z własnej głupoty. Ślepo wierzyła, że kiedyś jej wyobrażenia staną się najprawdziwszą prawdą.
Ocknęła się, gdy uderzył w nią wiatr spowodowany przejściem skoczka.
Jego twarz była wyraźnie przybita i smutna, a oczy już nie lśniły taką wesołością, jak przedtem.
- Coś się stało? - zapytała niepewnie.
- Nie, nie. Wszystko w porządku. - machnął ręką. Położył telefon na blacie, zaczął bawić się w blokowanie i odblokowywanie go, więc w ten oto sposób minęło mu dziesięć minut.
- Chodzi o twoją dziewczynę?
- Skąd wiesz, że...
- Mówiłam, że Johann mi o tobie opowiadał. - uśmiechnęła się delikatnie. - Wspomniał, że od jakiegoś czasu nie układa ci się z dziewczyną.
- Ma cholernie trudny charakter, ale ją kocham.. - westchnął. - Od kiedy naoglądała się w sieci filmików, które pokazują upadki innych skoczków, napiera na mnie bym rzucił skoki.
- Martwi się o ciebie, więc to naturalne, że cię do tego namawia.
- Dlatego codziennie wszczyna kłótnie i wytyka mi to, że zginę na zeskoku? Okey, do Morgensterna, czy Jacobsena mi wiele brakuje, ale jako moja dziewczyna powinna mnie wspierać, prawda? A ona nie. Ona woli mnie zdołować, dobić i na koniec powiedzieć, że nasze dziecko zostanie bez ojca. - wywrócił oczyma, wstając. Odstawił na szafkę talerz z kubkiem i spojrzał na łączącą wątki dziewczynę.
- Jak to wasze dziecko?
- Annika jest w drugim miesiącu ciąży. - zacisnął dłonie na krawędzi blatu, a kostki natychmiast mu zbielały.
- Oh.. Nieźle. - skwitowała. - Nie chcesz tego zrobić dla niej i dziecka?
- Kocham skoki i nie rzucę kariery, bo ona ma swoje chore zachcianki. Gdybym ja kazał jej przestać szlajać się po imprezach ze znajomymi to na pewno by się nie posłuchała.
- A ją kochasz?
Zapadła cisza. Twarz skoczka posmutniała jeszcze bardziej. Ze spuszczoną głową podszedł do okna i zafascynował się świecącymi latarniami na ulicy. Do tego pojawiło się kilka przechodniów, więc w myśli mógł ich krytykować i oceniać. Natomiast ona posprzątała po sobie i podeszła do chłopaka. Obrzucił ją chłodnym, lecz przygnębionym spojrzeniem i znów wrócił do wpatrywania się w widok za oknem.
- Nie kochasz jej. - bardziej stwierdziła niż zapytała. - Gdy się kogoś kocha to ciągle się o nim mówi, myśli. Nawet kłótnia przez telefon sprawia, że uśmiechamy się na myśl o tej osobie. Miłość jest wtedy, gdy za wszelką cenę chcesz dać jej szczęście i obronić przed smutkiem oraz złem. Miłość opiera się na wzajemnym zaufaniu, szczerości, a nie na tym, że jedna osoba kontroluje drugą i wymaga od niej za dużo...
- Mówisz, jak zawodowy psycholog. - stwierdził.
- Studia się do czegoś przydają. - zaśmiała się. - Nie kochasz jej, prawda?
- Skąd możesz to wiedzieć? Kocham ją.
- Daniel.. Nie bije od ciebie żadna radość, gdy mówisz o swojej dziewczynie, a to coś znaczy, bo nawet przy najdrobniejszych kłótniach widać taki błysk w oczach..
- W moich też jest ten błysk. Trochę zamglony, ale jest.
- W twoich oczach widać smutek, Daniel. - pokiwała głową i położyła dłoń na umięśnionym ramieniu blondyna. - Nie ciągnij czegoś, co nie ma sensu, bo zniszczysz nie tylko swoje życie, ale i samego siebie.
- Wiesz, Carina.. - spojrzała na niego. W tamtym momencie zatopiła się w jego błękitno - szarych tęczówkach, które dokładnie obserwowały jej twarz. Były nieziemsko ładne i takie.. Takie podobne do oczu Martina. - Dziękuję. - powiedział niemalże niesłyszalnie.
Blondynka miała zamiar odpowiedzieć jakiś prosty, ale odpowiedni tekst. Jednak Daniel sprawił niespodziankę nie tylko samemu sobie, ale i jej. Bo odruchowo przysunął się do niej bliżej i nieśmiało musnął jej pełne wargi, które od dawna tak bardzo pragnęły czułości. I tę czułość poczuła właśnie teraz, właśnie przy nim. Poczuła, że blondyn to osoba, której tak naprawdę teraz potrzebuje. I choć miała troszczącego się o nią Johanna, w tym momencie utwierdziła się w przekonaniu, że może powinna spróbować zbliżyć się do starszego z Norwegów.

~Johann~

Wszedł do salonu, z którego dobiegał dźwięk telewizora i zobaczył siedzącego na fotelu Daniela. Chłopak jednym uchem słuchał tego, co dzieje się w wiadomościach, ale bardziej pochłonięty był grzebaniem w swoim smartfonie. Młodszy Norweg przywitał się i od razu zmierzył do swojego pokoju, z którego wyszedł jeszcze szybciej. Jego mina była nietęga i zawiedziona, bo liczył na to, że zastanie tam blondynkę.
- Gdzie jest Carina? - zapytał, ponownie wchodząc do salonu. Daniel odłożył telefon na ławę i spojrzał na kolegę.
- Zamówiłem jej taksówkę, bo nie chciała czekać na ciebie. - odpowiedział spokojnie.
- Co zrobiłeś?!
- Nie wrzeszcz, bo znowu pani Meyer naśle na nas policję. 
- Co mnie obchodzi jakaś babka? Czemu pozwoliłeś jej pojechać do domu?
- Ponieważ nasz dom to nie klatka w ogrodzie zoologicznym i każdy może z niego wyjść kiedy chce i dlaczego chce?
- Wkurzasz mnie. - fuknął.
- Johann, wyluzuj. - rzekł. - Dziewczynie chłopak zmarł kilkanaście dni temu, a ty się zachowujesz jakbyś nagle chciał zbawić dla niej świat. Zakochałeś się kundelku, czy co? - Daniel kolejny raz tego dnia wywrócił oczyma i ignorując pojedyncze słowa kolegi, wyszedł i udał się do swojego pokoju.
Johann zaś wyciągnął telefon, usunął z głównego ekranu wiadomość od dziewczyny i wszedł w rozmowę z Cariną.
___________________
Do: Carina

Dlaczego uciekłaś? 
Jeśli to przez Daniela to bardzo cię przepraszam. Pogadam z nim :)

___________________
Od: Carina

Nie, to nie przez niego. 
Ale mam swój dom, więc do niego wróciłam. 
Nie powinnam była i tak spędzać tyle czasu u ciebie.
Dobranoc, Johann.
PS. dziękuję za zabranie mnie do lekarza i użyczenie swojego łóżka :)

___________________
Do: Carina

Nie ma sprawy. Może spotkamy się jutro, jeśli się lepiej poczujesz? :)

___________________
Od: Carina

Odezwę się rano.
Słodkich snów, Johann. :)

Kusiło go, by napisać jakiegoś słodkiego esemesa, ale po chwili przypomniał sobie słowa Daniela. Rzeczywiście zaczął zachowywać się, jak zakochany kundel i chciał zbawiać dla niej świat. Tylko co poradzić mógł na to, że chyba zaczęło zależeć mu na tej dziewczynie. I to nie dlatego, że jej historia była dość podobna do jego historii, ale dlatego, że przy niej czuł się dziwnie szczęśliwy oraz potrzebny. Znał ją od niespełna czterech dni, a bardzo polubił ich wspólne picie herbaty i rozmowy, ponieważ czuł, że ona rozumie go jak mało kto. A on naprawdę potrzebował takiej osoby w swoim życiu. Tylko, czy aby na pewno czekał właśnie na kogoś takiego jak ona? 

Od autorki:
Witam, witam! :D
Dziś w końcu pojawił się Daniel, więc jakie odniosłyście o nim wrażenie?
Zdradzę wam trochę sekretu, że nieźle się tu namiesza, ale to już niebawem. :)
Dziękuję za komentarze pod poprzednim rozdziałem! Jesteście kochane <3
Pozdrawiam!

Czytasz + komentujesz = motywujesz do pracy ;)

poniedziałek, 9 marca 2015

3. Płacisz za to zdrowiem psychicznym..

Jej głowa pękała w szwach, a policzki niemiłosiernie paliły. Sądziła, że jest bliska śmierci, lecz to było marne wyobrażenie i zbytnie wyolbrzymienie sytuacji. Gardło odmawiało posłuszeństwa i nawet ciche przekleństwa brzmiały okropnie w zachrypniętej tonacji głosu.
Bosymi stopami sunęła po panelach, aż doszła do upragnionej kuchni i wyjęła z szafki pudełko z róznego rodzaju lekami. Jej rodzicielka krzątała się po pomieszczeniu i przystopowała sprzątanie jednej z szafek, gdy ujrzała swą córkę w nagannym stanie.
- Mamy coś od bólu? - dziewczyna spytała po chwili, gdy okazało się, że w danym pudełku nie ma odpowiednich tabletek.
- Chyba tak. - powiedziała kobieta i podszedłszy do szafki, wyjęła drugie pudełko leków. - Może chcesz herbaty? - zapytała z troską w głosie. Dziewczyna uniosła brwi ze zdziwienia. Nie odpowiedziała. Chwilę mocowała się z odkręceniem butelki z wodą mineralną, a następnie połknęła dwie średniej wielkości tabletki.
- Nie musisz się tak troszczyć. - usiadła na krześle i cicho się zaśmiała patrząc na minę swojej matki. Kobieta stała oparta o blat kuchenny, odgarniała wystające z kucyka włosy i patrzyła na swą córkę.
- Upatrzyłaś już jakieś mieszkanie?
- Nie.
-Carinko.. - kobieta spuściła wzrok na panele, a tym samym na swoje kapcie. Jej głos nagle przysłabł, a i ona sama nagle stała się zupełnie inną osobą. Była wyciszona, spokojna. - Wczoraj rozmawiałam z Tobiasem i doszliśmy do wniosku, że pożyczymy ci trochę pieniędzy na wynajęcie jakiegoś lokum.
Słowa wpadały do ucha blondynki, wypadały drugim, zaś mózg starał się je przetrawić i przeanalizować. Wydało jej się to śmieszne, gdyż matka od dawna nie pomagała, ani nie wspierała jej. Z początku pomyślała, że może chodzi o jakąś sprawę życia i śmierci. Dopiero matka rozwiała wszystkie wątpliwości, mówiąc, że robią to z dobroci serca i dlatego, że potem miałaby ogromne wyrzuty sumienia.
- Nie chcę waszych pieniędzy. - dziewczyna szorstko zaznaczyła swoją wypowiedź, po czym obdarzyła rodzicielkę srogim spojrzeniem. - Nie chcę od was niczego.
- Chcemy ci tylko pomóc, bo zależy nam na twoim szczęściu.
- I właśnie dlatego dałaś mi dwa tygodnie na wyniesienie się z domu, bo przyjeżdża synalek twojego kochasia? Tak ci zależy na moim szczęściu, że masz daleko to gdzie się podzieję i co będę jeść? Według ciebie tak wygląda martwienie się o córkę i chcenie jej pomóc?
- On nie ma się gdzie podziać, zrozum.
- Doskonale to rozumiem, wiesz? Doskonale zrozumiałam, że nie liczy się dla ciebie rodzona córka, a syn kryminalista twojego faceta. - sarkastyczny śmiech wydobył się z jej bladoróżowych warg i sprawił, że kobiecie zabrakło słów. Blondynka liczyła na kolejną dawkę słodkich kłamstewek. Chciała poczuć się fałszywie doceniona i kochana. - Jest mi cholernie przykro, że własna matka odkręca się ode mnie i chce wymazać z życia po tym wszystkim, co dla niej robiłam. - zaznaczyła wyraźnie.
- Zawsze się o ciebie troszczyłam. Bałam się o ciebie, chciałam dla ciebie dobrze. Może nie okazywałam tego, ale tak było.
- To gdzie byłaś, gdy szłam na studia? Gdzie byłaś, jak leżałam w szpitalu z połamaną nogą? Gdzie byłaś, jak tydzień temu grzebałam swojego chłopaka? No powiedz mi, gdzie ty, do cholery, wtedy byłaś?! Troska polega na wpieraniu kogoś fizycznie i psychicznie, a dla ciebie najważniejszy był nadziany facet i staranie się, by było mu dobrze.
- Carina..
- Jak śmiesz powiedzieć, że się troszczyłaś i chciałaś dla mnie dobrze? Wiesz, że nawet się cieszę z tej nagłej wyprowadzki stąd? Przynajmniej skończy się moja samotność w obecności rodzonej matki. - znów cichy śmiech wypłynął z jej ust, choć na policzkach widniały spływające równomiernie krople łez.
- Poczekaj!
Kobieta krzyknęła za wychodzącą córką, lecz nie zdołała jej zatrzymać. Usłyszała tylko trzask drzwi od jej pokoju i ją samą ogarnęła fala żalu. Lecz czy to był żal, bo traci córkę przez swoją głupotę, czy żal spowodowany tym, że nie będzie miała się na kim wyżywać emocjonalnie kiedy jej zabraknie?
Blondynka natomiast runęła na swoje łóżko, nakryła się kołdrą i ponownie szlochała w ulubioną poduszkę, która od dłuższego czasu służyła za narzędzie do wypłakiwania się, a nie spania.
Dziewczyna zasnęła w mgnieniu oka, co było dziwne, ponieważ zasypiała po wypłakaniu wszystkich emocji. Tym razem zadziała gorączka i złe samopoczucie, które nie oznaczało nic innego tylko początek jakiegoś paskudnego wirusa.
Śniła o ciemnym lesie. Świecił księżyc, niebo było gwieździste, a ona szła boso po polanie i szukała bezpiecznego schronu przed czającymi się wilkami. Strach paraliżował ją w każdym calu i odbierał siły na ucieczkę. Bała się strasznie tego, że będzie po niej. Wtedy ujrzała dziko rosnącą jabłoń, więc postanowiła, że wdrapie się na gałąź. Liczyła, że będzie choć trochę bezpieczna. Obeszła drzewo dookoła w poszukiwaniu jakiejś nisko urośniętej gałęzi. Zamiast poszukiwanego obiektu zobaczyła wisielca. Spokojnie zwisał i wszystko wskazywało na to, że nie wisi tutaj długo. I wtedy księżyc przesuną się o kilka centymetrów, a w samobójcy rozpoznała Johanna..
Zerwała się z walącym, jak młot sercem. Otarła pot z gorącego czoła oraz odruchowo rozejrzała się po pomieszczeniu. Za oknem świeciło słońce, a termometr wskazywał trzy stopnie na minusie. Migająca na niebiesko dioda w telefonie zwróciła jej uwagę. Ujęła urządzenie w dłoń, odblokowała.
______________________
Od: 6543210

Hej, może masz ochotę na herbatę lub gorącą czekoladę?
Nie bierz mnie za natręta, po prostu proponuję, bo miło spędzało mi się z tobą dwa poprzednie popołudnia ;)
Johann.
______________________
Do: 6543210

Słabo się czuję - jakaś grypa.
Przykro mi, ale nie :)
 ______________________
Od: 6543210

Herbata z miodem i cytryną jest najlepszym lekiem.
Nalegam ;)
 ______________________
Do: 6543210

Johann, daj sobie spokój.
Wykasuj mój numer i po prostu zapomnij, że się poznaliśmy.

Blondynka pewnie odrzuciła telefon na podłogę, wtuliła się w puchową poduszkę i zerknęła na szafkę nieopodal. Zdjęcie zakochanej i szczęśliwej pary sprawiło, że znów zaszkliły się jej ciemne oczy. Dziewczyna na zdjęciu wtulała się w swoją czarną kurtkę, a chłopak z czułością obejmował ją w pasie i całował w skroń. Uśmiech pojawił się na jej zdjęciu, ale zginął równie szybko, gdy przypomniała sobie, że było to ostatnie wspólne zdjęcie jakie szło im ze sobą zrobić.
- Kocham cię, Martin.. - wyszeptała, patrząc na zdjęcie obsadzone w beżową ramkę.

~Johann~


Pożyczony od Daniela Land Rover zatrzymał się przed niewielką posiadłością państwa Heyerdal. Ubrany w czarny płaszcz i granatowy szalik, wysiadł z auta i podążył zaśnieżonym chodnikiem na werandę. Dźwięk dzwonka rozniósł się po niewielkim mieszkaniu i po chwili w drzwiach ujrzał czterdziestoletniego mężczyznę z puszką piwa w ręku.
- Tak? - basowy ton głosu obił się o jego uszy, a wydobywający się zapach piwa z ust odrzucił go na chwilę w tył.
- Zastałem Carinę? - zapytał.
- A ty nie jesteś tym całym skoczkiem? - mężczyzna zignorował zadane pytanie.
- Tak proszę pana, jestem. - odpowiedział grzecznie, choć po chwili zirytował się setką pytań ze strony ojczyma blondynki. - Więc jest Carina w domu, czy nie? - dodał szybko, gdy mężczyzna przystopował z zadawaniem mu dziwnych i niekomfortowych pytań.
- Jest u siebie, a co?
- Mógłbym do niej wejść?
- Po co?
- O odwiedziny.
- Zamiast siedzieć na treningu to wolisz odwiedzać byle jakie wywłoki? - mężczyzna uniósł brwi w górę. Chłopak zaś zdziwił się jego wypowiedzią. - Właź, bo mi ciepło ucieka. - ponaglił go oraz zaprosił gestem ręki do środka. - Pierwsze drzwi po prawo.
Skoczek podziękował poprzez skinienie głowy, po czym zdjął buty i udał się na klatkę schodową. Ogarnęła go niepewność, czy aby na pewno robi dobrze. Wszak dziewczyna napisała mu wiadomość z prośbą o danie jej spokoju. Ale Johann nigdy nie odpuszczał i nie poddawał się bez walki. Tylko czy w tym przypadku to słuszne i wskazane? Czy to niezbyt wiele, jak na dziewczynę, która trochę przeszła i sama wspomniała, że nie potrzebuje w swoim życiu nikogo, kto będzie przez jakiś czas?
Westchnął. Ostatnie dwa stopnie przeskoczył i rozglądnął się po małym korytarzyku. Widział troje drzwi, ale wiedział które należą do jej pokoju. Bezdźwięcznie je uchylił i zobaczył, że leży tyłem do drzwi, przykryta po uszy kołdrą i oddycha spokojnie.

~Carina~

- Daj mi spokój, Tobias. - wymruczała, czując czyjąś obecność w swoim pokoju. - Nie zamierzam z tobą gadać. - dziewczyna jeszcze bardziej naciągnęła na siebie bladoniebieską kołdrę i przymknęła powieki. Była zmęczona swoim nic nie robieniem, a ból głowy coraz bardziej przybierał na sile. Już nawet nie miała sił na ochładzanie zarumienionych policzków swoimi lodowatymi dłońmi.
- Cześć. - cichy pomruk ze strony danej osoby sprawił, że powoli przekręciła się na drugi bok i szczerzej otworzyła oczy widząc Johanna. 
- Co ty tutaj robisz? - dziewczyna usiadła po turecku. Wlepiła zamglone oczy w chłopaka, który ochoczo zdjął swoją kurtkę, zawiesił ją na krześle i przysiadł na nim. Stan blondynki wywołał u chłopaka zaniepokojenie. Jej włosy były w nagannym ładzie, twarz była zaś kompletnie wycieńczona i prócz różu nie posiadała żadnych innych kolorów. - Miałeś dać sobie spokój ze mną. - wychrypiała.
- Gdzie ty się tak załatwiłaś? - uśmiechnął się, sięgając do kieszeni w kurtce. - Brałaś coś od przeziębienia? 
- Lek na zbicie gorączki i w sumie tyle. - odpowiedziała. Kaszlnęła. Zaśmiał się i podał dziewczynie buteleczkę z syropem na kaszel. - Nie lubię mięty. - wydęła usta w grymas, patrząc na etykietkę. Zgromił ją swym spojrzeniem.
- To ma ci pomóc, a nie smakować. - powiedział. - Więc odpowiesz mi gdzie się tak przeziębiłaś? - uważnie spojrzał na jej bladą twarz, a ona spuściła wzrok na butelkę i z zaciekawieniem zaczęła obracać ją w dłoniach. - Carina?
- Tak, wiem. - prychnęła. - Musiałam. 
- Myślałem, że dasz sobie spokój i grzecznie wejdziesz do domu.
- Zbyt mało czasu spędziłam z nim w południe..
- Płacisz za to zdrowiem psychicznym.. Chcesz jeszcze fizyczne dołożyć? 
- Nie..
Atak kaszlu u dziewczyny sprawił szybkie zakończenie jej wypowiedzi. Patrzył na nią z politowaniem, ale i małą nutką troski. Bo Carina była cudowną dziewczyną, przy której poczuł się szczęśliwy. Szczęśliwy inaczej, szczęśliwy tak, jak kiedyś. 
- Zbieraj się. - powiedział w końcu. - Chyba nie myślisz, że przejdę obok tego obojętnie. - odpowiedział na jej pytający wyraz twarzy i wskazał dłonią na kupkę chusteczek do nosa oraz pastylek do ssania na gardło. - Jedziemy do lekarza. - wstał, zarzucił na plecy kurtkę i wyczekująco patrzył na blondynkę.
- Nigdzie z tobą nie jadę. - mruknęła w poduszkę.
- Carina, wstawaj. - rozkazał. - Wychodzę na korytarz i wracam za pięć minut, a ty masz być ubrana. Zrozumiała panienka? 
- Wyjdź i nie wracaj. 
- Słyszałem. - wychylił się zza drzwi i zdążył obdarzyć ją jeszcze ironicznym uśmieszkiem. 
Z rezygnacją podniosła się z łóżka i szczęśliwie złapała oparcie krzesła. Gdyby nie ono - runęłaby jak długa. Powolnie opuściła strój zwany piżamą, nałożyła pierwsze lepsze spodnie i bluzę. Włosy odrzuciła w tył, spryskała się mgiełką o zapachu truskawki. W ciągu danych pięciu minut była gotowa, a skoczek ucieszył się, widząc, że nie będzie musiał siłą jej wyciągać z łóżka. Zeszli schodami w dół, spotkali się z dziwnymi minami domowników i weszli do małego wiatrołapu. Pomógł jej założyć kurtkę, a tym miał pretekst do bliższego kontaktu z nią. 
- Chodź.. - ujął jej dłoń i otworzył przed dziewczyną drzwi..

~Johann~

Wizyta u znajomego lekarza Johanna minęła dość szybko. Dziewczyna złapała jakiegoś wirusa i dostała receptę na kilka leków, a jego upór sprawił, że wykupili ją od razu po wyjściu z gabinetu. Teraz wracali do domu.. Ona spała na fotelu przykryta kocem. On skupiał uwagę na drodze, ale co chwilkę zerkał na jej twarz i delikatnie się uśmiechał. W tle grała jakaś romantyczna muzyka, której Daniel słuchał na okrągło. Skoczek bez uzgadniania z nią zajechał na podziemny parking pod swoim blokiem. Następnie obszedł parking, delikatnie wziął jej ciało na ręce i udał się w stronę windy.
- A mówiłeś, że żadna nie poleci na mojego grata. - rzucił Daniel do Forfanga, gdy ten opuścił swój pokój i cicho zamykał drzwi. - Ładna dziewczyna. - skwitował.
- Nie dla psa kiełbasa. - powiedział Johann. 
Obaj weszli do salonu, gdzie walało się od ciuchów i różnych innych rzeczy, które były chłopakom potrzebne, a i tak zapomnieli o ich istnieniu. Starszy usiadł na fotelu z pilotem i zaczął skakanie po kanałach, natomiast Johann wygodnie ułożył się na kanapie i niespodziewanie szybko zasnął..

Od autorki:
Cześć Wam! :) 
Jak mija Wam to cudowne (prawie) wiosenne popołudnie? :D 
Przypominam, że o 17 kwalifikacje. Ogląda ktoś z Was? :)
**
Dziękuję za komentarze pod poprzednim postem. Motywujecie mnie do działania, więc oby tak dalej! 
Jeśli chodzi o ten rozdział; na początku szło mi idealnie dobrze, lecz w końcówce coś popsułam, gdyż moja playlista zmieniła się z piosenek inspiracyjnych na jakieś dziwne melodie :D

PS. Mam do Was prośbę; na blogu widnieje zakładka Spam, więc proszę o zostawianie tam linków do swoich blogów. Nie róbcie tego, proszę, pod rozdziałem.. I tak, i tak zajrzę, więc spokojnie! :)

PS II. Na blogu jest również ankieta dotycząca nowego projektu. Liczę, że oddacie głos! ;)
Pozdrawiam cieplutko :)



piątek, 6 marca 2015

2. Uzależnił mnie od siebie, a teraz go zabrakło.

~Johann~

Młodzieniec wszedłszy do mieszkania, rozebrał się z zimowej kurtki oraz obuwia, po czym następnie udał się do łazienki, by zanurzyć zziębnięte dłonie pod gorącą wodą. Marzył o zjedzeniu czegoś ciepłego i szybkim położeniu się do łóżka, by zasnąć i obudzić się kolejnego dnia, który być może przyniesie lepszą pogodę. 
- Siema! - z korytarza dobiegło powitanie ze strony rok starszego kolegi, a tym samym jego współlokatora. Chłopak opuścił  łazienkę i przywitał się z blondynem poprzez przybicie piątki. - Zamawiamy pizzę? - usłyszał.
- Znowu? - opadł bezwładnie na obite białym materiałem krzesło i spojrzał na kolegę z przygnębieniem, które mieszało się ze zniesmaczeniem. - Brzuchy nam urosną, a ja mam w planach coraz dłuższe skoki niż takie na odległość dziesiątych metrów. 
- Od kiedy zwracasz na to uwagę? - Tande z zaciekawieniem przypatrywał się koledze, który wyglądał jakby zeszło z niego całe powietrze i chęci do życia.
- Spać mi się chcę. - mruknął w dłonie.
- To śpij. - powiedział. - Ale najpierw mi powiedz, czy chcesz tę pizzę, bo nie wiem jaką zamówić. - Johann spiorunował go wzrokiem, lecz po chwili kiwnął głową na tak, a tamten wyszedł z pomieszczenia w poszukiwaniu ulotki z numerem. Ani jeden, ani drugi nie kwapił się do zapisania numeru pizzerii, bo nie widzieli takiej potrzeby. Woleli głodować o dwie godziny dłużej. 
Forfang ze znudzeniem wymalowanym na twarzy wstał, a potem pomaszerował do swojego pokoju. Koszulka została rzucona na fotel, a raczej coś, co już go nie przypominało. Czyste rzeczy mieszały się z brudnymi, a jemu zawsze brakowało czasu na ogarnięcie swojego terytorium. Położył się na niezaścielone łóżko, założył dłonie pod głowę i przymknął oczy. Był zmęczony nie tylko pogodą, ale też porannym treningiem, który dał mu porządnie w kość. Nigdy nie przypuszczał, że trener Alex potrafi być taki wredny, gdy zalezie mu się za skórę. 
- Zamówiłem dwie. Z podwójnym serem. - głos Daniela kazał mu otworzyć oczy i zrobił to, lecz po tamtym nie było ani śladu. Skoczek podniósł się do pozycji siedzącej i poczuł, że coś uwiera go w biodro. Coś, a raczej portfel należący do nowo poznanej blondynki. Wywarła na nim pozytywne, ale i tajemnicze wrażenie. Jej oczy magnetyzowały go w jakiś dziwny sposób. Nie znał wyjaśnienia na uczucie, które czuł, gdy widział w nich łzy, ale było to dziwne uczucie. Nie jakieś tam współczucie, ani poczucie żalu, że to przez niego. To było niczym przejście miliona prądów, które zjawiły się znikąd. Szatyn wyciągnął z portfela dowód dziewczyny i dokładnie przypatrywał się jej twarzy. Usta zachęcały do całowania, a policzki do delikatnego muskania opuszkami palców. Oczy.. Na samo wspomnienie o nich dostawał ciarek na plecach. Nigdy nie czuł czegoś podobnego, więc było to nowością. Czymś dziwnym i spotykanym po raz pierwszy w życiu. Skoczek usiłował włożyć kartę na swoje miejsce, lecz coś nieznacznie mu w tym przeszkadzało. Położył dowód na kolanie i palca zanurzył w kieszeni i wyciągnął małą, zieloną karteczkę. Wypisane było na niej kilka cyfr, jej imię i nazwisko oraz dopisane było W razie zapomnienia mojego numeru. Uśmiech poszerzył mu się od ucha do ucha i niewiele myśląc wstukał cyfry do swojego telefonu.

Między chłopakami panowała cisza, bo skupili się na meczu siatkówki, który leciał w telewizji. Obaj zajadali pizzę. Jeden z nich ciągle zerkał na ekran telefonu i nerwowo obracał go w palcach. 
- Stary, masz jakąś obsesję na punkcie tego smarta? - zapytał Daniel.
- Co?
- Jajco. - wywrócił oczyma. - Czekasz na wiadomość od Baracka Obamy, że tak go pieścisz? - wskazał głową na urządzenie. Ugryzł kawałek swojego kawałka pizzy i odłożył telefon na stolik.
- Sorry.
- A tak na marginesie, to o co chodziło dzisiaj na treningu? 
- O czym mówisz?
- Podobno Stoeckl się tak na ciebie wkurzył, że musiałeś robić wszystko co inni tylko że podwójnie i jeszcze dostałeś dodatkowe ćwiczenia. - zaśmiał się.
- A ty skąd wiesz?
- Fannemel. - powiedział szybko. - No więc?
- Na hali była taka ładna brunetka.. No człowieku, żebyś ty widziała jaka ona ładna była.. - zaczął Johann. - Podszedłem, zagadałem i umówiliśmy się na jutro, bo dziś ma zajęty wieczór.. Dałem jej buziaka na pożegnanie, a wtedy wyszedł Alex i zaczął się na mnie drzeć, że dobieram się do jego córki. Stary, gdybym wiedział, że to jego córka to patykiem bym jej nie dotknął! - Daniel zwijał się ze śmiechu, natomiast Johannowi nie zbierało się na takie ekscesy. Nadal odczuwał ból wszystkich mięśni, a na myśl o jutrzejszym treningu było mu słabo. 
- Gruba akcja. Szkoda, że mnie tam nie było. - wyciągnął się, jak długi na sofie, a nogi zarzucił na młodszego kolegę. - Nie wiedziałem, że Stoeckl ma córkę. 
- Zabieraj kopyta. - warknął Forfang. - Ja też nie wiedziałem. A te cymbały nawet mnie nie uprzedziły!
- Johann. - powiedział po chwili blondyn.
- Co?
- Czemu masz damski portfel w kieszeni? - Tande wybuchnął śmiechem. Poduszka szybko zapanowała nad jego rechotem i sprawiła, że na moment zapanowała cisza.
- To nie mój. - powiedział Johann.
- Od kiedy podrywasz laski na zgubione portfele?
- Nikogo nie podrywam!
- Więc skąd go masz? - dociekał.
- Pomiń rozdział, jak piszesz książkę, okey? - warknął. W tym momencie wyświetlacz telefonu zaświecił się, a na pasku stanu pojawiła się ikonka wiadomości. Johann poczuł, że serce zaczyna mu wariować ze zdenerwowania. Tande wpatrywał się w niego z zaciekawieniem, dlatego trzęsącą dłonią zgarnął telefon do kieszeni w bluzie i opuścił pokój, by w spokoju przeczytać wiadomość, którą (miał nadzieję) przysłała blondynka.

~Carina~

Pokój ogarniała paniczna cisza, która była odzwierciedleniem tego, co działo się w jej sercu i umyśle. Policzki nie nadążały wysychać, a chusteczki wchłaniać wilgoci dlatego szybko zostały zastąpione rękawami białej bluzy, na której powstały zabrudzenia od tuszu do rzęs. Serce dziewczyny już nie pękało na miliony drobnych kawałeczków. Nie zrzucało z siebie skorupki, którą te kawałeczki tworzyły. Ono po prostu krwawiło. Bezsilność. Samotność. Strach. Ból. Brak miłości. Brak szczęścia. Brak osoby, która powie, że będzie dobrze i pocieszy zwykłą obecnością. Dlaczego w życiu bywa tak, że dobrzy ludzie dostają najwięcej zła od losu? Dlaczego tak właśnie się dzieje na tym świecie? Czy nie istnieje nic takiego, co nazywa się sprawiedliwością? Blondynka opatuliła się kocem. Kocem, który nadal pachniał ulubionymi perfumami jej chłopaka. Perfumy przyprawiły ją o jeszcze więcej łez. Cicho szlochała, leżąc skulona. Myślami była przy dobrych wspomnieniach, które potem zeszły na dziwne wyobrażenia. Zaczęła myśleć o skończeniu tego. O skończeniu swojego cierpienia, a także skończeniu przeszkadzać innym. Bo tak naprawdę była zwykłym przedmiotem, który każdy traktował jak chciał. Nikt nie liczył się z jej uczuciami. Nikogo nie obchodziło, czy doszła spokojnie do domu, czy zjadła obiad, jak minął jej dzień, czy ma się dobrze po śmierci Martina. Zauważana była wtedy, gdy potrzeba było pieniędzy, wyżalenia się, czy zwykłej kłótni o nic. Połknięcie kilkunastu tabletek i zapicie alkoholem było bezbolesnym wyjściem skończenia żywota, ale czy to nie byłoby za proste? Czy skoro cierpi się za życia to umierając da się odejść bez bólu? Wszak metoda zabicia się była dość błahym sposobem. Ludzie powinni mierzyć się ze swoimi słabościami, problemami, a nie uciekać na zawsze i nie starać się o lepsze jutro. Nie każdemu w życiu wychodzi, ale też nie każdy sobie z nim radzi. Bo z czasem przychodzi taki dzień, że nie potrafimy patrzeć na siebie w lustrze. Denerwuje nas otaczający świat, a serce kroi się z żalu i bólu, który wywołany jest osamotnieniem. 
Blondynka znów otarła rękawem oczy. Kilka dodatkowych plamek pojawiło się na białym materiale. Przed oczyma widziała twarz Martina, gdy ostatni raz szeptał jej, że ma być silna i bardzo ją kocha. Szkoda, że ta siła nie przeszła z niego na nią. Bo on zawsze potrafił się odnaleźć i sobie poradzić, a ona była nikim. Z nim znaczyła i tworzyła wiele, lecz  bez niego nie potrafiła żyć normalnie. 
Użalanie się nad sobą przerwał dźwięk jej telefonu. Esemes. Zastanawiało ją kto taki do niej pisze. Najpierw pomyślała o operatorze sieci, a potem o znajomych z uczelni, którzy piszą, bo zapewne mają w czymś problem. Odblokowała urządzenie i zdziwiła się widząc nieznany numer.
__________________________
Od: 6543210

Cześć, tutaj Johann - chłopak z kawiarni. 
Przepraszam, że przeszkadzam, ale czy moglibyśmy się spotkać?
Wypadł ci portfel i chcę ci go zwrócić ;)
__________________________

Do: 6543210

Okey.. Możemy się spotkać jutro o 14, gdy skończę zajęcia, w tym samym miejscu.

Zablokowała urządzenie i odrzuciła je na bok. Naciągnęła koc po same uszy, przymknęła oczy i nawet się nie zorientowała, a oddała się w objęcia Morfeusza.

Zajęcia minęły jej w mgnieniu oka. Ostatni wykład został odwołany, więc miała dwie godziny na spokojne odwiedzenie cmentarza i zapalenie nowej świeczki na grobie. Aktualnie szła w stronę bramy wejściowej na cmentarzysko, a w niebieskawej siatce niosła dwa średniej wielkości znicze i trzy nowe wkłady do wymienienia w starych lampionach. Myślami tkwiła przy Martinie i ich miłości. Pięknej miłości, w której nie było kłótni, sporów, większych problemów od tych związanych z zagubioną skarpetką. Uśmiechnęła się na wspomnienie ich pierwszej randki pod gołym niebem. Umówili się w parku. Kiedy już się w nim znalazła, jego nie było, ale za to był koc z jedzeniem i schłodzony szampan. Już miała pisać do chłopaka, gdy ten zeskoczył z drzewa w stroju Batmana z wielkim misiem.
Zdjęcie na pomniku spowodowało, że uroniła kilka łez. Usiadła na ławeczkę, zapaliła świeczki i wpatrywała się w fotografię. 
- Brakuje mi ciebie.. - szepnęła.
 Przymknęła powieki spod których wydobyło się kolejnych kilka łez.
- Carina? - usłyszała.
Otworzyła oczy, ale nie widziała nikogo kto mógłby się do niej zwracać.
- Spotykamy się wcześniej niż przypuszczałem. - dopiero teraz zauważyła Johanna, który podszedł bliżej i na jego twarzy malował się słaby uśmiech. W rękach trzymał czarny worek ze śmieciami, a jego oczy wydawały się takie smutne i przygnębione. 
- Witaj, Johann. - powiedziała słabym głosem. Odkaszlnęła. - Witaj. - powtórzyła.
- Już skończyłaś zajęcia? 
- Tak. - powiedziała.
- Nasze spotkanie w kawiarni aktualne, czy mam oddać ci portfel teraz?
- Muszę się napić herbaty, więc jak najbardziej aktualne.
- Więc pójdę wyrzucić śmieci - wskazał na worek - i idziemy, czy chcesz jeszcze posiedzieć?
- Możemy iść. Ja i tak jeszcze przyjdę później. - powiedziała zerkając na nagrobek i posłała słaby uśmiech do szarej fotografii.
- Zaraz wracam. - pokiwała głową i znów została sama. 
- Leżysz tam w dole.. Jesteś wprawdzie blisko mnie... - szepnęła kucając przy grobie. Pogładziła ciemny blat z wielkim uczuciem, spojrzała na zdjęcie chłopaka i powoli wstała. Poprawiła jeszcze wiązankę z ciemnych róż, po czym zabrała pustą reklamówkę i udała się w stronę czekającego na nią Forfanga.

- Poproszę herbatę z miodem i cytryną. - powiedziała do miłej kelnerki, która śliniła się na widok Johanna.
- To samo. - rzucił nawet na nią nie patrząc, ale to wystarczyło jej do zarumienia się i szybkiego odejścia od stolika tej dwójki. - Proszę. - posunął po blacie czerwony portfel należący do dziewczyny. Ich dłonie się zetknęły, gdy delikatnie puszczał rzecz, a ona miała zamiar zgarnąć go do swojej torebki. 
- Proszę bardzo. - nadejście kelnerki przerwało dziwną ciszę, która zapanowała między nimi. Młoda dziewczyna postawiła dwie filiżanki z ciepłym napojem na stoliku, zalotnie uśmiechnęła się do Forfanga i odeszła zmysłowo kręcąc tyłkiem, jakby myślała, że tak zaimponuje skoczkowi. Blondynka pokręciła głową i zaśmiała się z głupoty brunetki.
- Jak ci minął dzień? - ciche pytanie padło z ust Johanna.
- Dzień się jeszcze nie skończył. - zauważyła z uśmiechem. - Ale połowa minęła mi na słuchaniu wykładów o psychologii społecznej.
- Studiujesz psychologię?
- Tak. - odkaszlnęła kolejny raz, po czym przeprosiła chłopaka i poprawiła swą wypowiedź.
- Czemu akurat to?
- Nigdy nie miałam w życiu łatwo, zawsze chciałam pomagać i radzić innym, więc psychologia jest spowodowana tym, że chcę dobra dla innych i chcę im pomagać. - wyjaśniła.
- Opowiesz mi o tym?
- O czym? O tym, że chcę pomagać ludziom, czy jak wygląda wykład na tym kierunku?
- O twoim niełatwym życiu. - odstawił filiżankę na spodeczek i uśmiechnął się do dziewczyny. 
- Nie ma o czym gadać. - urwała.
- Co robiłaś na cmentarzu?
- Przeprowadzasz ze mną wywiad środowiskowy? Byłam na grobie kogoś bliskiego, w końcu od tego jest cmentarz.
Ich rozmowa na początku zupełnie nie trzymała sie kupy. On starał się do niej zbliżyć, ona izolowała go od siebie. W głębi duszy czuła, że postępuje nie fair wobec zmarłego ukochanego. Jego już tu nie było, nie powinna była, lecz nie wyobrażała sobie tego, że ktoś może wskoczyć na jego miejsce. Przy kolejnej herbacie otworzyła się przed skoczkiem. Powiedziała więcej o swoim życiu, o sobie, o kilku bolesnych dla niej sprawach. I choć był dla niej obcy to nie narzekała, bo był jedyną osobą, którą interesowało jej życie i samopoczucie. Ironią losu jest to, że obcy ludzie chcą nas poznać bliżej i nam pomóc, niźli chce to zrobić własna rodzina lub przyjaciele. 
- Jak to się stało? - zapytał. Jej dłoń trwała w mocnym uścisku dłoni chłopaka, a druga bawiła się brzegiem filiżanki z herbatą.
- Martin chorował na raka trzustki, który od kilku tygodni całkowicie dawał się we znaki.. Tamtego dnia poszłam na zajęcia, a on chciał zrobić coś na kolacje.. Wsiadł w samochód i zasłabł.. Auto uderzyło w barierki, był nieprzytomny.. Wybiegłam z uczelni by jak najszybciej znaleźć się przy nim i... Widziałam się z nim, bo odzyskał na moment przytomność.. Był taki słaby, wykończony.. To nie był mój Martin, który tryskał radością i ukrywał ból.. Resztkami sił wyszeptał mi, że mnie kocha i mam być silna, bo to jego koniec, a ja jak głupia rzuciłam się na jego klatkę i ze łzami błagałam go o to, by nie odchodził.. - łzy spływały po zaróżowionych policzkach stróżkami. Dłoń wyrwała z uścisku i zakryła swoją twarz. Nie chciała by Johann widział ją w takim stanie. - Gładząc moje plecy, wyszeptał ciche żegnaj i jego serce stanęło.. Odszedł... 
- Carina, spokojnie. Nie płacz. - chłopak przesiadł się na krzesło obok niej i bez pytania przytulił ją do siebie. Było mu jej żal. Zmierzyła się z takim ciosem od życia, a teraz opowiedziała to zupełnie nieznanemu chłopakowi. Miał do niej wielki podziw i szacunek za to, że nie zwariowała na starcie. Dziewczyna łkała w czystą koszulę Forfanga, a on delikatnie gładził jej włosy i szeptał, żeby się uspokoiła. - Ciii... 
- Uzależnił mnie od siebie, a teraz go zabrakło.. - powiedziała cicho.
- No już cicho.. - szepnął.
- Przepraszam, Johann. - otarłszy łzy, odsunęła się od niego. - Zabrudziłam ci koszulę. 
- Koszula nie jest istotna. - rzekł. - Już dobrze? - zapytał, patrząc czule w jej ciemne oczy. Przytaknęła, choć wcale nie było dobrze. Tęskniła za Martinem i bolało ją serce na myśl o nim. - Mogę coś dla ciebie zrobić? Jakoś pomóc?
- Mi się nie da pomóc.. Jestem przegrana.. - odkręciła głowę w drugą stronę byleby tylko nie patrzeć na niego i przymknęła powieki. - Nie umiem żyć bez Marina, nie potrafię.. Czasem prościej byłoby się zabić, niż codziennie mierzyć się z tym pieprzonym życiem i fałszywymi ludźmi. 
- Co ty za głupoty wygadujesz?
- Matka kazała wyprowadzić mi się z domu w ciągu dwóch tygodni, bo wraca syn jej faceta.. Mam mieszkanie po Martinie, ale nie chcę w nim mieszkać.. Nie chcę, bo tam będę myśleć tylko o nim i zupełnie stracę nad sobą kontrolę.. Czeka mnie most albo pokój w jakimś obleśnym motelu, bo tylko na to mnie stać. Nie mam zaufanych znajomych, każdy ma mnie w dupie, więc powiedz mi; po co żyć? 
- To, że jest ciężko nie oznacza, że masz się poddawać, ej. - znów ujął jej dłoń w swoją i pogładził ją kciukiem. - Nie zawsze bywa łatwo i przyjemnie.. Życie nam nie szczędzi bólu, ale ja nigdy nie pomyślałem o skończeniu tego.. To egoistyczne wyjście..
- Masz przyjaciół, rodzinę, dziewczynę, skoki. Nie możesz narzekać na trudności.
- Rodzice nie odzywają się do mnie od dwóch miesięcy, a dziewczyny nie mam. Skoki nie dają mi pełni szczęścia, gdy wiem, ze nie mam dla kogo starać się o dobre wyniki.. - powiedział cicho. Spojrzała na niego pytająco. - Dwa miesiące temu rodzice chcieli wyjść do znajomych na parę godzin, by się trochę rozerwać, a ja miałem zostać z moją siostrą.. Miała półtora roku i był cudowną dziewczynką, dlatego nie miałem nic przeciwko żeby z nią zostać.. Była pora na jedzenie, a siedzieliśmy na tarasie, więc zostawiłem ją dosłownie na dwie minuty i poszedłem po picie.. Kiedy wróciłem jej nie było.. Porwała ją jakaś dziwna baba, która kręciła się od kilku dni po okolicy.. Rodzice omal mnie nie zabili za to, ale policja opanowała ich, że mają wszystko pod kontrolą i szybko znajdą Kjersti.. 
- Znaleźli?
- Ta kobieta dowiedziała się, że wplątaliśmy w to policję i... i ją po prostu zabiła.. Zabiła niewinne dziecko! - krzyknął ze łzami w oczach. Płaczący Johann Andre Forfang poruszył serce dziewczyny, której zrobiło się go żal. - Mama załamała się psychicznie i podjęła się leczenia, a ojciec... Ojciec zupełnie przestał traktować mnie, jak syna.. Dlatego wyprowadziłem się z domu i mieszkam z kolegą, a rodzice do tej pory się do mnie nie odzywają.. Ja do nich też.. Nie mam odwagi.. Ale gdy tylko mogę to chodzę na grób mojej siostry, bo czuję się winny.. Codziennie przed snem widzę jej twarzyczkę i słyszę chichot..
- Tak mi przykro, Johann. - szepnęła.
- Oddałbym wiele, by wrócić jej życie, bo nie potrafię nosić tej drzazgi w swoim sercu.. - chłopak starał się ukryć napływające łzy do swoich oczu. Wtedy dziewczyna zrobiła to samo, co on kilka minut temu i przytuliła go. Mocno. Położyła dłoń na jego plecach, sunęła nią w górę i w dół, szeptała pocieszne słowa.
- Oboje jesteśmy ofiarami swojego losu.. - wyszeptał.. 

 Od autorki:
Cześć i czołem! :)
Jest kolejny rozdział i jak najbardziej jestem z niego zadowolona.
Dziękuję z całego serducha za 10 komentarzy pod rozdziałem pierwszym <3
Naprawdę znaczą dla mnie bardzo, bardzo dużo!
Czytasz=komentujesz :)
Pozdrawiam!

Kochane, zapraszam też tutaj: Trzeba sto razy przegrać, by raz wygrać.

niedziela, 1 marca 2015

I. Nie jest ważne kim jesteś tylko jaki jesteś.

Siarczysty mróz utrzymywał się na zewnątrz od rana, a tłumy ludzi ochoczo odwiedzały kawiarenkę, by ogrzać się przy filiżance ciepłej herbaty. Blondynka siedziała przy małym stoliku w samym kącie lokalu, a w dłoniach ulokowany był zielony kubek z gorącą czekoladą. Lekko zaróżowione policzki nadawały jej twarzy pełniejszych kształtów i idealnie komponowały się ze spierzchniętymi ustami. Po upiciu kilku łyków cieczy już nie były w tak złym stanie, lecz to nie było to czego oczekiwały. Oczekiwały pocałunku. Pocałunku pełnego miłości, ciepła oraz zapewnienia przez tę drugą osobę, że jest i będzie dobrze. Jednakże teraz mogła tylko o tym pomarzyć, bo osoba która mogła zapewnić jej szczęście odeszła. Nie wyjechała, nie zostawiła jej bez słowa, lecz po prostu zmarła. Od feralnego dnia wypadku minęło niespełna kilka dni, a dziewczyna codziennie przesiadywała na cmentarzu po kilka godzin. Jej życie ograniczało się do porannego wyjścia na zajęcia i popołudniowego spaceru na grób jej ukochanego. Zazwyczaj miała pod górkę, ale poczuła, że może być lepiej, kiedy w jej życiu pojawił się przystojny brunet. Do teraz pamięta ich pierwsze spotkanie w tej właśnie kawiarni i pierwszą nieśmiałą rozmowę. Wciąż ma przed oczyma jego piękny, szeroki uśmiech i słowa, które pięknie się układały, gdy wypowiadał dwa magiczne słowa pod jej adresem. Dłonie doskonale pamiętają jego ciało, włosy, którymi uwielbiała się bawić, a on zawsze je ogrzewał. Dzisiaj musi ogrzać je głupi kubek czekolady. Dziewczyna zamieszała łyżeczką ciepłą ciecz i ponownie zatopiła w niej swoje usta. Następnie spojrzała w duże okno i zobaczyła ludzi, którzy na siłę opatulali się małymi szalikami i pędzili do swoich domów. Do szczęśliwych domów z kochającą rodziną, której dziewczyna nie miała od małego. Ojciec zostawił jej matkę, gdy dowiedział się, że zdradziła go podczas pobytu w delegacji i wyprowadził się kilka kilometrów stąd. Nigdy nie miała z nim kontaktu i niespecjalnie ciągnęło ją do poznania mężczyzny. Matka zaś znalazła nowego ukochanego. Z pozoru miły, sympatyczny facet, ale jak wiadomo - pozory mylą. Rodzicielka dziewczyny stała się zupełnie taka sama, jak on. Mężczyzna stał się numerem jeden, więc to prawda, że miłość nas gubi.
- Przepraszam, mogę się dosiąść?
Usłyszała dość przyjemny męski głos, który sprawił, że musiała spojrzeć na tę osobę. Przed nią stał wysoki chłopak, w swetrze z jakimś napisem i czapką naciągniętą na głowę, a w dłoniach trzymał kubek znad którego unosiła się para.
- Jasne. - powiedziała cicho, rozglądając się po całym lokalu. Przy żadnym stoliku nie było ani skrawka miejsca, natomiast przy barze była metrowa kolejka zziębniętych ludzi. - Tłoczno tu. - skwitowała, a chłopak przytaknął i usiadł po jej lewej stronie. Zapadła cisza. Krępująca, lecz to normalne, że w towarzystwie nieznajomego tak jest.
- Taka ładna dziewczyna siedzi sama? - ciche pytanie padło z jego ust.
- Teraz już nie siedzi sama. - wzięła łyka przestygniętej czekolady.
- Jestem Johann. - wyciągnął chudą dłoń w jej stronę, a blondynka delikatnie ją uścisnęła.
- Carina.
- Carina.. Moja kuzynka się tak nazywa. - rzekł.
- I pewnie za nią przepadasz, bo jest przeurocza i chodzi w warkoczykach.
- Nienawidzę szczyla, bo ciągle łazi po mieszkaniu i słucha metalu.
- Ooo.. milutko. - skwitowała.
Pomiędzy dwójką zapanowała cisza. Cisza, która była już bardziej znośna niż przed kilkoma minutami. Wymieniali jedynie przypadkowe spojrzenia i popijali swoje napoje. Jedynie gwar wywołany rozmowami innych i cicha muzyczka pozwalały im nie zachowywać się, jak spięte staruszki w towarzystwie młodzieży.
- Mam nadzieję, że twój chłopak nie przyjdzie tutaj zaraz i nie obije mi twarzy. - zażartował po długiej ciszy.
- Spokojnie.. On nie przyjdzie..
- Pracuje?
- On... - dziewczyna posmutniała od razu na myśl o zmarłym ukochanym. W jej oczach stanęły łzy, dlatego zakryła twarz włosami i z zaciekawieniem zaczęła wpatrywać się w małą łyżeczkę.
- Heeeej, wszystko dobrze? - chłopak złapał kruchą dłoń dziewczyny. Przytaknęła kiwając głową, ale nie miała odwagi, by pokazać twarz na której widniało kilka małych łez. - Płaczesz? - zadał kolejne pytanie zaraz po tym, jak usłyszał pociąganie nosem przez dziewczynę.
- Nie.
- Przepraszam za tego chłopaka. - ton głosu zdecydowanie wbił się w fazę smutku, a jego oczy dokładnie lustrowały blondynkę, która ocierała twarz skrawkiem rękawa od czarnej bluzy. Spojrzała na niego ciemnymi, świecącymi się oczyma i oznajmiła, że nic się nie stało. Bo tak naprawdę nie stało się nic złego, tylko ona jeszcze nie potrafi zapanować nad emocjami, gdy słyszy małe wzmianki o zmarłym chłopaku. Był jej pierwszą prawdziwą miłością, a takich miłości nie zapomina się nigdy. One zostają na dnie serca i wracają z czasem. My ludzie musimy nauczyć się tylko współżyć z takimi akcjami, gdyż stracenie kontroli może kosztować nas dużo. A czasami aż za wiele. - Na pewno wszystko dobrze?
- Tak, Johann. Na pewno. - dziewczyna wysiliła się na słaby, lecz serdeczny uśmiech. - Przepraszam, że się rozkleiłam..
- Nie przepraszaj mnie za to, że wyraziłaś swoje uczucia. - kciukiem pogładził dłoń, którą nadal trzymał w uścisku. - Lepiej jest popłakać przy innych niż robić to samemu w czterech ścianach. Wtedy idzie zwariować, bo najgorzej się dołujemy.
- Wiesz coś o tym? - ukradkiem spojrzała na twarz Norwega.
- Poniekąd wiem, ale nie lubię o tym mówić.
- Czemu? Słyszałam, że dobrze jest pogadać z kimś obcym, bo wtedy jest lżej na duszy.
- Nie w moim przypadku. - zaśmiał się. Spojrzała na niego z podniesionymi brwiami, a myślami była przy tym, że może siedzi z nią syn samego prezydenta Ameryki albo pociotek Papieża.
- A jaki jest twój przypadek? Jesteś człowiekiem, jak wszyscy. Chyba, że pod tym sweterkiem masz zielone, obślizgłe cielsko, a twarz to tylko maska.
- Dzięki, że robisz ze mnie kosmitę! - udał oburzonego, a mina na jego twarzy wywołała śmiech u dziewczyny. Pierwszy raz od pogrzebu chłopaka na jej usta cisnął się śmiech. - Nie poznajesz mnie? To znaczy, kojarzysz mnie w ogóle?
- A jesteś kimś ważnym dla tego albo innego kraju?
- Powiedzmy, że w takim małym stopniu.
- Nie, Johann. Nie poznaję cię i nawet nie chce mi się bawić w zgadywanki. - powiedziała wprost. - Nie wyglądasz mi na żadnego kasiastego szejka, ani poszukiwanego gwałciciela.
- Jesteś pierwszą dziewczyną, która nie poznaje we mnie skoczka!
- Więc jesteś skoczkiem? - przymrużyła oczy, dokładnie obserwując jego zmieszaną twarz. - Nie interesują mnie skoki, ale jak widzę ty masz wysokie mniemanie o sobie i lubisz, jak każda leci na skoczkową buzie. - zauważyła.
- Ale...
- Johann, nie każda dziewczyna musi widzieć w tobie sportowca. Dla niektórych nie jest ważne kim jesteś tylko jaki jesteś.
- Mam to uznać za mały opiernicz? - odezwał się po chwili. Dziewczyna wzruszyła ramionami i wstała ze swojego miejsca, by potem ubrać ciepłą fioletową kurtkę i opatulić się szalikiem. Forfang obserwował jej każdy, nawet najdrobniejszy ruch i czekał na normalną odpowiedź. - Idziesz już?
- Ależ skąd. - zaprzeczyła z wyczuwalną ironią w głosie. - Ubieram się, bo się boje, że fanki pana skoczka ukradną mi kurtkę, której przez przypadek dotknął, gdy siadał.
- Jesteś na mnie zła?
- Nie toleruje zbyt pewnych siebie ludzi, Johann.
- Przecież ja..
- Miło było poznać. Cześć. - wyjęła z kieszeni kilka drobnych monet, które położyła przy pustym kubku i odeszła od chłopaka. Został sam i patrzył w miejsce, w którym przed chwilą jeszcze była. I wtedy jego głowę zaczęły gnębić myśli, że egoistycznie rozegrał przedstawienie się dziewczynie i karcił się najgorszymi słowami. Powoli dochodziło do niego, że wszystko stracone i nigdy więcej nie spotka owej blondynki, która wpadła mu w oko od razu, gdy ujrzał ją z drugiego końca kawiarenki. Wszystko minęło w chwili, gdy zobaczył na podłodze mały, czerwony portfelik. Portfelik, w którym były wszystkie dokumenty należące do dziewczyny. Uśmiechnąwszy się pod nosem, zapakował go do kieszeni w spodniach i zajął się dopijaniem swojego napoju.

Blondynka weszła do niedużego domku mieszczącego się na dość małej i gwarnej ulicy, po czym zdjęła obuwie, kurtkę i udała się do dużego pokoju. Jej matka oglądała powtórkę ulubionego serialu, a w międzyczasie stukała coś na klawiaturze swojego laptopa. Dziewczyna usiadła na fotelu, uprzednio witając się z ignorującą ją matką i starała zagłębić się w wątek brazylijskiej telenoweli, lecz za cholerę nie dało się tego zrozumieć.
- Gdy wróci Tobias będziemy musieli porozmawiać. - usłyszała.
- O czym?
W tym samym momencie usłyszały przekręcanie klucza w drzwiach, a potem rozniosły się słowa powitalne kierowane w stronę jej matki. Kobieta zamknęła laptopa i zostawiła dziewczynę samą, a ta skorzystała z okazji i przełączyła na inny, ciekawszy program. Akurat leciał ulubiony program paradokumentalny, którego fanem był jej ukochany. W głowie narodziły się wspomnienia związane z tym, jak leżał u niej na kolanach i chował pilota w spodnie, by tylko mu nie przełączyła.
- Dobrze, że jesteś. - ojczym podszedł do odbiornika i wyłączył go poprzez naciśnięcie na nim małego guzika. - Musimy porozmawiać, Carina.
- Coś źle zrobiłam?
- Nie. - powiedzieli chórkiem. - Jestem w trzecim miesiącu ciąży. - słowa matki wywołały u niej mieszane uczucia. Miała ochotę rzucić się jej na szyję i pogratulować, lecz to nie było takie proste do zrobienia. Sama nie pamiętała, kiedy ostatni raz przytuliła się do swojej matki i usłyszała od niej kilka miłych słów.
- Musisz się wyprowadzić. - głos Tobiasa sprowadził ją spowrotem na ziemię. - Dom jest mały, a dziecko będzie potrzebowało pokoju.
- Do rozwiązania jest jeszcze sporo czasu, więc czemu już dziś mi o tym mówicie?
- Syn Tobiasa wraca na stałe do kraju i nie ma się gdzie podziać, więc przez kilka miesięcy pomieszka z nami. - blondynka kręciła z niedowierzaniem głową, gdy wszystkie raniące słowa padały z ust matki. Kobieta nie liczyła się z uczuciami córki i kontynuowała monolog, w którym oznajmiła cały plan na życie. Na życie bez niej. W jednej chwili poczuła, że spieprzyło się wszystko, co tylko możliwe. Nigdy nie spodziewałaby się, że własna matka potraktuje ją jak starą niepotrzebną i zagracającą przestrzeń rzecz. -... masz dwa tygodnie na wyprowadzenie się. - dodała pani Laura.
- Całe moje oszczędności ulokowałam na zorganizowanie pogrzebu, więc skąd mam wziąć pieniądze na wyjęcie choćby jednego pokoju?
- Nie wiemy, Carina.
- Masz dwa tygodnie i ani dnia dłużej. - Tobias dobitnie uświadomił dziewczynę i wziąwszy pod rękę narzeczoną, wyszedł z pomieszczenia. Carina skuliła się na fotelu, wylewając z oczu potok słonych łez. Bo najgorsza w życiu człowieka nie jest bezradność, lecz samotność. Samotność, którą mamy nie z własnego wyboru, lecz z wyboru innych ludzi..
*****

Od autorki:
Wena poniosła mnie w norweskie klimaty i nie mogłam zwlekać z zaczęciem tego bloga! Mam nadzieję, że nie zawaliłam i rozdział wyszedł mi choć w małym stopniu dobrze.. :)
Czytasz = komentujesz.
Nawet zwykły komentarz "może być" wesprze mnie w pisaniu! :)